Nasza strona, aby wyglądać i działać prawidłowo, korzysta z plików cookies. Obsługę cookies można wyłączyć w ustawieniach przeglądarki. Więcej o polityce cookies.

Akceptuję

Ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II

02-04-2008 07:17 xRobert Turyk Ogłoszenia parafialne Czytano: 508
Trzy lata temu uczestniczyliśmy w jednej z najważniejszych katechez pontyfikatu Jana Pawła II. Podczas niej Ojciec Święty przypominał światu, że każde cierpienie ma sens i żadne nie przechodzi bez śladu, jeśli jego prawdziwy wymiar zakorzeniony jest w nadziei, która wykracza poza ziemskie doświadczenie człowieka. Podczas tej katechezy Papież z Polski udowodnił ludzkości, że Bóg nie tylko jest w stanie pomóc człowiekowi przeżywać własne cierpienie jako prawdziwe dobro, ale także wzbudzać z niego zbawcze owoce dla całego świata...
"Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz" (J 21, 18). To zapisane w Ewangelii św. Jana słowa, które Chrystus skierował do św. Piotra zaraz po tym, jak powierzył mu władzę pasterską nad całym Kościołem. Ich echo zabrzmiało 1 lutego 2005 roku, gdy z ostrym zapaleniem krtani i tchawicy oraz duszącym kaszlem Jana Pawła II przewieziono do polikliniki im. Agostino Gemelli...
W niedzielę, 6 lutego 2005 roku, Papież nie mógł przewodniczyć tradycyjnej modlitwie "Anioł Pański" na placu Świętego Piotra. Zgromadzonym tam wiernym udzielił błogosławieństwa ze szpitalnego okna.
Papieski pobyt w szpitalu nie trwał długo. 10 lutego 2005 roku Ojciec Święty opuścił klinikę i powrócił do Watykanu. "Najdrożsi Bracia i Siostry, witajcie!" - powiedział z radością w niedzielę, 13 lutego, do kilku tysięcy wiernych zgromadzonych na placu św. Piotra, wywołując wśród nich ogromny aplauz.
Jedenaście dni później Ojciec Święty ponownie znalazł się w rzymskiej klinice im. Agostino Gemelli. Jak się okazało, choroba Parkinsona osłabiła mięśnie aparatu oddechowego, utrudniając oddychanie. Lekarze zalecili zabieg tracheotomii. Jan Paweł II przyjął i to cierpienie z pokorą i świadomością, że tak oto rozpoczął się jeden z najtrudniejszych etapów jego misji.

Totus Tuus
W niedzielę, 27 lutego 2005 ro ku, Papież z Polski uczestniczył w modlitwie "Anioł Pański" na ekranie telewizora ustawionego w jego szpitalnym apartamencie. W swoim przesłaniu, które tego dnia na placu św. Piotra odczytał ks. abp Leonardo Sandri, Ojciec Święty napisał:
"Drodzy bracia i siostry, raz jeszcze zwracam się do was z kliniki Agostino Gemelli. Dziękuję wam za miłość i odczuwam waszą duchową bliskość. Myślę o was, zebranych na placu św. Piotra, przybyłych pojedynczo i w grupach, oraz o wszystkich tych, którzy we wszystkich stronach świata okazują zainteresowanie moją osobą. Proszę was, byście nadal towarzyszyli mi nade wszystko swoją modlitwą.
Pokutna atmosfera Wielkiego Postu, który przeżywamy, pomaga nam lepiej zrozumieć również wartość cierpienia, które, w ten czy inny sposób, dotyka każdego. Patrząc na Chrystusa i postępując za Nim z cierpliwą ufnością, jesteśmy w stanie pojąć, że wszelka ludzka postać boleści zawiera w sobie Bożą obietnicę zbawienia i radości. Pragnę, aby to orędzie pocieszenia dotarło do wszystkich, a szczególnie do tych, którzy przeżywają trudne chwile, którzy cierpią na ciele i na duszy.
Wobec Maryi, Matki Kościoła, ponawiam moje zawierzenie: Totus Tuus! Niechaj w każdym momencie życia pomaga nam Ona wykonywać świętą wolę Boga...".

Ofiara milczenia
Wielki Tydzień był dla Ojca Świętego również tygodniem wielkiego cierpienia. 20 marca 2005 roku, po raz pierwszy od 26 lat, Jan Paweł II nie mógł przewodniczyć liturgii Niedzieli Palmowej. Jednak tuż po niej Ojciec Święty ukazał się w oknie swego apartamentu i w milczeniu trzymaną w ręku palmą pobłogosławił zgromadzonych na placu Świętego Piotra wiernych.
"To przymusowe milczenie Papieża jest ofiarą, stanowi upokorzenie, na które należy patrzeć z szacunkiem" - powiedział o. Raniero Cantalamessa w wywiadzie dla włoskiego dziennika "Avvenire". Kaznodzieja Domu Papieskiego porównał owo milczenie z milczeniem Jezusa, który "po trzech latach przemawiania i przepowiadania Królestwa Bożego w ostatnim tygodniu zamilkł". "Kto z nas ośmieliłby się powiedzieć, że ostatni tydzień Jezusa był dla świata bezowocny? Byłoby to bluźnierstwem, ponieważ właśnie w tym tygodniu uczynił rzeczy dla świata najważniejsze..." - stwierdził o. Cantalamessa.
Papież z Polski nigdy nie epatował swoim cierpieniem, ale też nigdy go nie krył. W pełnym zaufaniu Chrystusowi przyjmował je i "mierzył się" z nim. Nieraz dramatycznie, na oczach milionów, jak choćby w Wielką Środę, 23 marca, gdy audiencja generalna została odwołana. Również tego dnia pojawił się w oknie Pałacu Apostolskiego i pobłogosławił wiernych. Wywołał ogromną radość zgromadzonych na placu, choć nie wypowiedział ani jednego słowa...
W Wielki Czwartek Mszy św. Wieczerzy Pańskiej w bazylice watykańskiej przewodniczył ks. kard. Alfonso López Trujillo. Jan Paweł II, choć bardzo chciał uczestniczyć w liturgii upamiętniającej ustanowienie Eucharystii, mógł jedynie oglądać jej przebieg za pośrednictwem telewizji w swym pokoju.
W Wielki Piątek nabożeństwu Męki Pańskiej w bazylice watykańskiej przewodniczył ks. kard. James Stafford. Papież z Polski był fizycznie nieobecny również w rzymskim Koloseum podczas tradycyjnej Drogi Krzyżowej. Uczestniczył w niej w swojej prywatnej kaplicy w Pałacu Apostolskim, śledząc przebieg nabożeństwa na ekranie telewizora. Przy XIV stacji poprosił o krzyż. Wziął go w dłonie, przytulił do piersi i oparł o niego swoją naznaczoną już wtedy wielkim bólem twarz. Jakby chciał raz jeszcze przypomnieć, że Chrystus nie przyszedł na świat, by pozbawić człowieka krzyża, ale by człowiek miał odwagę podjąć krzyż i z nim odnieść zwycięstwo...
W przesłaniu odczytanym na zakończenie Drogi Krzyżowej Ojciec Święty napisał: "Drodzy bracia i siostry, duchowo jestem z wami w Koloseum - miejscu, które budzi we mnie wiele wspomnień i emocji, aby wypełnić jakże wymowny obrzęd Via Crucis w ten wieczór Wielkiego Piątku. (...) Adoracja Krzyża odsyła nas do zadania, od którego nie wolno się nam wymówić: misji, którą św. Paweł wyraził w tych słowach: W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1, 24). Ja także ofiarowuję me cierpienia, aby wypełnił się plan Boży, a Jego słowo szło między ludzi. Ze swej strony jestem bliski tym wszystkim, którzy w tej chwili doświadczają cierpienia. Modlę się za każdego z nich...".
Triduum Paschalne 2005 roku było pierwszym podczas tego pontyfikatu bez fizycznej obecności Jana Pawła II. Ileż musiało kosztować Papieża zrezygnowanie z udziału w tych wielkich wydarzeniach Kościoła, których nigdy wcześniej nie opuścił...
Drugi Wielki Piątek
Nazajutrz, w pierwszy piątek miesiąca, Ojciec Święty znalazł jeszcze siły, by w łóżku koncelebrować Eucharystię, której w jego pokoju przewodniczył ks. abp Stanisław Dziwisz. Potem, z racji piątku, poprosił o odprawienie nabożeństwa Drogi Krzyżowej. Z uwagą słuchał rozważań, czyniąc znak krzyża przy każdej stacji. Odmówił także część brewiarza.
Tego dnia Jan Paweł II podpisał również ostatni dokument. Był nim "List z okazji 350. rocznicy cudownej obrony Klasztoru Jasnogórskiego", w którym napisał między innymi: "Klękając przed obliczem Jasnogórskiej Królowej, modlę się, aby mój naród, przez wiarę w Jej niezawodną pomoc i obronę, odnosił zwycięstwo nad wszystkim, co zagraża godności ludzkiej i dobru naszej Ojczyzny. Polecam Jej macierzyńskiej opiece Kościół na ziemi polskiej, aby przez świadectwo świętości i pokory zawsze umacniał nadzieję na lepszy świat w sercach wszystkich wierzących".
Dla całego Kościoła był to jakby drugi Wielki Piątek. Miliony ludzi na całym świecie trwały na modlitwie niezależnie od pory dnia i nocy. Powoli nabierali przekonania, że uczestniczą w przedziwnym misterium cierpienia Jana Pawła II. Z tego cierpienia na oczach wszystkich rodziła się przedziwna więź między ziemią a Niebem.
Niemal cały świat modlił się o zdrowie Papieża, który zwyciężył komunizm, skruszył władzę totalitarnych systemów i przywrócił nadzieję niezliczonym rzeszom mieszkańców ziemi.
Cały świat stanął u boku cierpiącego Papieża, który zawsze był najbliżej chorych, a swoją szczególną miłość do ludzi cierpiących traktował jako jeden z najważniejszych elementów swojej służby. Papieża, który na drodze swej pielgrzymki zatrzymywał się niemal przy każdym wózku inwalidzkim, a dla ludzi dotkniętych kalectwem zawsze miał przepełnione nadzieją słowa i pełne miłości gesty...
W owym czasie, gdy Papież z Polski składał Bogu swoje cierpienia w ofierze za Kościół i ludzkość, ludzkość jakby się zjednoczyła. Jakby na nowo zrozumiała nie tylko sens przepowiadania Papieża z Polski, ale i moc jego miłości. Wyglądało to jak dotknięcie Ducha Świętego, tak silnie odczuwane w sercach ludzi na wszystkich krańcach świata. Bo któż inny obudził to fascynujące poczucie solidarności? Kto kazał zapełnić kościoły i całe noce trwać na modlitwie?
Po tym, jak Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej poinformowało, że stan Ojca Świętego jest bardzo poważny, plac św. Piotra okazał się zbyt mały, by pomieścić tę ogromną rzeszę ludzi przybyłych tam na modlitwę. Tego samego dnia wieczorem opublikowało kolejny komunikat, w którym ogłosiło, że oddech Papieża stał się płytki, spadło ciśnienie krwi, a funkcjonowanie narządów wewnętrznych uległo radykalnemu pogorszeniu. Informacja natychmiast obiegła cały świat. Plac Świętego Piotra zapełnił się niemal do ostatniego miejsca. Gdy zapadł zmierzch, modliło się tu już około sześćdziesięciu tysięcy wiernych.

Do Domu Ojca
W wywiadzie dla włoskiego tygodnika "Familia Cristiana" ks. abp Stanisław Dziwisz wyznał: "To było popołudnie 2 kwietnia. Sytuacja pogarszała się z każdą minutą, a lekarze rozważali hipotezę następnej interwencji terapeutycznej. W pewnym momencie Papież, który był ewidentnie świadomy i zrozumiał ich rozmowę, dał znak, że nadeszła pora oczekiwana od zawsze, i zmęczonym, ale zrozumiałym głosem powiedział: "Pozwólcie mi odejść do domu Pana".
Tego dnia byłem już na placu Świętego Piotra. Gdy pierwszy raz zobaczyłem tę zamkniętą monumentalnymi skrzydłami kolumnady Berniniego ogromną rzeszę ludzi różnych narodów, dreszcz przeszedł mi po plecach. Nigdy nie zapomnę widoku tych tysięcy osób wpatrzonych w okna pokoju na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego...
Tysiące młodych ludzi przybyło tu wyłącznie dla tego Człowieka, który przez niemal dwadzieścia siedem lat zawsze i wszędzie wychodził im naprzeciw. W tym czasie, gdy na placu śpiewał ich wielki chór miłości, na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego, z dala od wścibskich kamer światowego cyrku konkurujących ze sobą telewizji, żegnali Jana Pawła II najbliżsi...
"W tych ostatnich chwilach, gdy byliśmy przy nim, widzieliśmy, że śmierć była dla niego jakby przejściem z jednego pokoju do drugiego, z jednego życia w drugie. W tych dniach słychać było wszystko: plac, modlitwy, śpiewy, okrzyki, obecność młodzieży. On zdawał sobie z tego sprawę, ponieważ był przytomny do końca, prawie do końca..." - stwierdził ks. abp Stanisław Dziwisz.
"W tych ostatnich godzinach jego życia w domu panował ogromny spokój: On wiedział, że jego przeznaczeniem był Pan. Żadnego lęku, wielki spokój. Ostatniego dnia poprosił, by całymi godzinami czytano mu Ewangelię. Ostatniego dnia ktoś z nas czytał Ewangelię według świętego Jana, po czym odprawiliśmy Mszę św., ponieważ przyszła nam do głowy natchniona myśl: odprawić Mszę ku czci Bożego Miłosierdzia, nadchodziły bowiem sobota i niedziela Miłosierdzia Bożego" - powiedział ks. abp Stanisław Dziwisz.
Mniej więcej w tym samym czasie, na placu Świętego Piotra ks. kard. Edmund Szoka rozpoczął modlitwę różańcową. Poprosił zgromadzonych, by tą modlitwą wsparli Ojca Świętego w jego "ostatniej podróży". Widziałem, jak ludzie płakali. Ja bynajmniej nie byłem już w stanie się skupić... Podczas tej modlitwy raz po raz spoglądałem na okno papieskiej sypialni na ostatnim piętrze Pałacu Apostolskiego. Nie wiem dokładnie, która była to godzina, gdy spostrzegłem, jak zabłysło tam światło... Na placu Świętego Piotra wciąż jednak trwała modlitwa i nie było widać żadnych objawów napięcia czy niepokoju. Nie zauważyłem podchodzącego do mikrofonu ks. abp. Leonardo Sandriego i być może dlatego jego słowa spadły na mnie niespodziewanie: "Najdrożsi bracia i siostry, o 21.37 nasz ukochany Ojciec Święty wrócił do Domu Ojca. Módlmy się za niego...". W tym momencie całym placem wstrząsnęła potężna burza oklasków. Po nich zaś zapadła głęboka i przejmująca cisza. Nie zapomnę tego nigdy. Otoczone kolumnadą Berniniego rzesze ludzi jakby zamarły w bezruchu. Nie sposób opisać tak wielkiego zgromadzenia stojącego w tak absolutnej ciszy. Wrażenie było wstrząsające...
Widziałem, jak ludzie wokół płakali. Ale z pewnością nie był to objaw rozpaczy. Być może - choć zabrzmi to paradoksalnie - płakali z wdzięczności? Chociażby dlatego, że w owe dni uczestniczyli w jednej z najważniejszych katechez tego pontyfikatu. Podczas tej katechezy Papież z Polski pokazał, że dla prawdziwego chrześcijanina śmierć nie jest godziną rozpaczy, lecz godziną powrotu do Domu Ojca... Jan Paweł II zwyciężył śmierć, ponieważ był człowiekiem, dla którego rzeczywistość pozaziemska i ziemska stanowiły całość, a odpowiedzią na wszystkie pytania był Krzyż Chrystusa...
Tak dobiegł końca pontyfikat głęboko zakorzeniony w miłości do Boga i człowieka. Tak zakończyło się ziemskie życie Papieża z Polski. Jan Paweł II odszedł do Domu Ojca. Tam na pewno jest szczęśliwy, bo to On był jego celem, do którego zmierzał przez całe życie. Już dziś wiemy, że również stamtąd czyni wielkie rzeczy dla nas. Z pewnością uczyni jeszcze większe. Ponieważ także tam jest wierny swemu ludowi. Tak samo, jak był mu wierny za życia...
Sebastian Karczewski